Wiadomości z Marany – czerwiec 2025

SANKTUARIUM BŁ. JANA BEYZYMA

       Już piąty rok jestem kapelanem szpitala dla chorych na trąd w Maranie. Kiedy w 2022 wezwał mnie „na dywanik” mój przełożony, pomyślałem, że pewnie chce mnie odwołać z tego stanowiska i przenieść do pracy w inne miejsce. Zasmuciło mnie to, bo – mimo, że praca w Maranie do łatwych nie należy – pokochałem to miejsce i chorych powierzonych mojej opiece. Na tę rozmowę szedłem więc – jak to się mówi – podszyty strachem. Przełożony nie wręczył mi jednak decyzji o przeniesieniu, ale inny dokument, na mocy którego uczynił mnie odpowiedzialnym za budowę sanktuarium bł. Jana Beyzyma. W czasie rozmowy dowiedziałem się, że zarówno on, jak i arcybiskup z Fianarantsoa o tym sanktuarium od dawna myślą, a to dlatego, żeby kult bł. Jana Beyzyma mógł być jeszcze mocniej szerzony.

          Na Madagaskarze ten nasz wielki Rodak jest znany i pamięć o nim trwa nie tylko w Maranie. Świadczą o tym choćby coraz liczniejsi pielgrzymi zdążający do Marany z różnych stron naszej wyspy, a także turyści zagraniczni, którzy na szlaku swoich wędrówek nie omijają Marany. Od trzech lat, w maju, organizujemy pielgrzymki do Ambahivoraka, gdzie bł. ojciec Jan rozpoczynał swoją posługę na Madagaskarze. Na ruinach istniejącego tam kiedyś leprozorium odprawiana jest Msza św., a potem – za przyczyną bł. o. Beyzyma – modlimy się za wszystkich chorych, a zwłaszcza tych dotkniętych trądem. Te pielgrzymki są coraz liczniejsze. W ostatniej uczestniczył nuncjusz apostolski na Madagaskarze – abp. Tomasz Grys. Każdego roku w Maranie uroczyście obchodzimy dzień 12 października – wspomnienie bł. Jana Beyzyma, naszego patrona i budowniczego szpitala. Z tej to okazji mamy wielu gości – zarówno duchownych jak i świeckich.

       Wydrukowaliśmy i rozprowadzamy piękne obrazki z podobizną bł. Jana Beyzyma i modlitwą o jego kanonizację. Na specjalne okazje przygotowujemy też specjalne koszulki z podobizną o. Jana i logo szpitala w Maranie. To cieszy, że Malgasze pamiętają o nim i przybywają często do jego grobu, by modlić się tutaj w różnych intencjach. Szpitalna kaplica, gdzie spoczywają doczesne szczątki o. Jana, jest mała i niewiele osób się w niej zmieści. Nie mówiłem o tym głośno, ale marzyło mi się już od dawna, żeby właśnie w Maranie nowy, większy kościół wybudować. Ale to były tylko moje marzenia. Nie przypuszczałem nawet, że kiedykolwiek mogą się spełnić.

          Kiedy mój przełożony wręczył mi pismo, w którym wyraźnie zostało napisane, że jestem odpowiedzialny za wybudowanie sanktuarium bł. Jana Beyzyma w Maranie, poczułem radość, ale też i ciężar odpowiedzialności za wykonanie tego zadania. Radość, bo to sanktuarium byłoby pierwszym na świecie noszącym wezwanie bł. Jana Beyzyma, miejscem, w którym – poprzez posługę naszego Rodaka objawiła się Boża miłość i miłosierdzie i gdzie ludzie na co dzień nadal wypraszają wiele łask. Ta radość trochę zbladła, kiedy pomyślałem o tym jak wielkie i trudne zadanie mnie czeka.

          Wybudować sanktuarium to nie problem, ale potrzebne są na to środki i to wcale nie małe. Skąd je wziąć? Malgasze nie pomogą, bo są bardziej biedni niż przysłowiowa mysz kościelna. Długo nad tym myślałem i już byłem zdecydowany powiedzieć mojemu przełożonemu, że nie podejmę się tego zadania. Z pomocą przyszedł mi o. Jan Beyzym. Kiedy pomyślałem o tym jak wiele trudów musiał pokonać, żeby wybudować szpital w Maranie, zawstydziłem się i powiedziałem: „Dobrze. Zrobię wszystko, żeby to sanktuarium powstało”. O. Jan nie miał grosza przy duszy, a jednak podjął się tak trudnej i wielkiej pracy, bo zależało mu na tym, żeby chorym na trąd stworzyć godne warunki do życia i leczenia. Prosił o datki Polaków – tych w kraju i tych rozsianych po świecie. Zbierał grosz do grosza i udało się. Matce Najświętszej zawierzył to dzieło i – jak mawiał – to Ona ten szpital wybudowała i przeprowadziła go przez najtrudniejsze chwile. Ja również – za przykładem bł. ojca Jana – Matce Bożej Częstochowskiej zawierzyłem wszystko i codziennie modlę się przed Jej obrazem w naszej szpitalnej kaplicy. Modlą się ze mną także i chorzy, bo od kiedy dowiedzieli się o budowie sanktuarium, bardzo pragną by ono powstało.

          Do rozpoczęcia budowy jeszcze daleko. Choć – dzięki ofiarodawcom z Polski – udało się zgromadzić już na koncie pewna sumę, wciąż jeszcze daleko do pełnej kwoty potrzebnej na tę budowę. Nie siedzę jednak bezczynnie i na razie robię to, co mogę. Przede wszystkim zleciłem architektom wykonanie projektu sanktuarium. Przygotowuję również plac pod jego budowę. Ponieważ na terenie szpitala nie ma zbyt wiele miejsca, postanowiłem, że sanktuarium będzie budowane za szpitalnymi murami (około 200 m od szpitala), w miejscu gdzie stoi niewielki domek, w którym mieszkał o. Jan Beyzym zanim wybudował szpital. Ten domek jest w bardzo dobrym stanie i poprosiłem architekta, żeby „wpisał” go jakoś w plany sanktuarium. W tym właśnie domku zrobilibyśmy muzeum bł. o. Jana – takie z prawdziwego zdarzenia. Zarówno ten domek jak też i szpital wybudowane zostały na stoku góry, a to dlatego, że w pobliżu znajdowało się źródło wody. Ten stok wygląda pięknie, ale trzeba go trochę „wyrównać”, żeby zrobić miejsce pod budowę. I znowu przypomniało mi się, że i o. Jan musiał skuwać skałę, bo na pochyłym stoku budować się przecież nie da. I z wielkim trudem, ale udało mu się to zrobić i w ten sposób uzyskać płaski teren pod budowę szpitala.

          Wokół domku o. Beyzyma jest pagórek porośnięty lasem. Na szczęście nie jest to skała, ale i tak trzeba zerwać ziemię na około 40 metrach – pod sanktuarium i jeszcze 20 m – pod budowę amfiteatru, który będzie służył tym wszystkim ludziom, którzy nie pomieszczą się w kościele (oczywiście zaplanujemy też stały ołtarz polowy). Cztery lata temu mieliśmy w Maranie pielgrzymkę dzieci i młodzieży z całej diecezji (z ruchu eucharystycznego). Przybyło ich ponad 3 i pół tysiąca. Msza św. odprawiana była wtedy na placu przy szpitalu, ale i tak było bardzo tłoczno. Sanktuarium, które planujemy, nie będzie ogromne (ot, taki trochę większy kościółek), więc w przypadku tak licznych pielgrzymek na pewno nie pomieści wszystkich wiernych i wtedy amfiteatr będzie doskonałym rozwiązaniem.

          Prace rozpoczęliśmy już w ubiegłym roku. Najpierw wycięliśmy drzewa rosnące na pagórku. Pozyskane w ten sposób drewno na razie się suszy. W przyszłości potniemy je na deski i zrobimy z nich ławki i inne przedmioty potrzebne do wnętrza kościoła. Następnie przystąpiliśmy do zrywania ziemi. Moglibyśmy zrobić to szybko, ale nie stać nas na opłacenie specjalistów od takich prac i maszyny. Zatrudniamy więc ludzi, którzy zrobią to ręcznie i za mniejsze pieniądze. Są chętni, bo są to ludzie bardzo biedni i dzięki tej pracy mogą zarobić na utrzymanie swoich rodzin, na przysłowiowy worek ryżu i nie tylko. Poza tym podjęli się również skuwania skał granitowych znajdujących się w pobliżu. Po rozłupaniu wielkich granitowych bloków, kawałki skały dzielą na mniejsze kostki, ociosują je i w ten sposób będziemy mieli sporo materiału na potrzeby przyszłej budowy. Tych kostek będzie można użyć do budowy fundamentów, wyłożyć nimi plac wokół sanktuarium, wykorzystać przy tworzeniu amfiteatru bądź też wybudować z nich drogę. Choć to praca bardzo ciężka, ludzie są zadowoleni, bo oprócz zapłaty dostają również codzienne wyżywienie.

          Prace, jako że wykonywane są ręcznie, bez użycia maszyn, postępują bardzo powoli, ale już widać rezultaty. Plac wokół domku o. Beyzyma jest coraz większy i mam nadzieję, że wkrótce będzie już całkowicie przygotowany pod budowę.

          Kiedy ruszymy z budową sanktuarium? – Tego jeszcze nie wiem. Z pieniędzy, które udało nam się do tej pory zgromadzić, opłacamy ludzi pracujących przy oczyszczaniu i niwelowaniu terenu, skuwaniu skał. Trzeba będzie też zapłacić architektowi za wykonanie projektu, a nie będą to na pewno małe pieniądze. Modlimy się i dziękujemy Panu Bogu za każdy grosz wpływający na konto budowy. Wiemy, że ludziom w Polsce nie jest łatwo, bo kryzys ekonomiczny, bo wojna za wschodnią granicą i trzeba pomagać milionom uchodźców z Ukrainy, że każdy ma mniejsze lub większe problemy finansowe, ale wiemy też, że na rodaków zawsze możemy liczyć. Przekonał się o tym sam o. Beyzym, bo kiedy budował szpital również sytuacja w Polsce była bardzo trudna (kraj był pod zaborami, była wielka bieda, zdarzały się klęski żywiołowe itd.), ale Polacy, którzy mają wielkie serca, wsparli to wielkie dzieło i służy ono do dnia dzisiejszego ludziom najbiedniejszym z biednych. Mam i ja taką nadzieję, że moi rodacy wesprą to dzieło, którego się podjąłem. Mam tego dowody na co dzień. Na przykład w mojej rodzinnej parafii (Paszynie) w tym roku odbył się Orszak Trzech Króli, podczas którego zebrano dość znaczną sumę na sanktuarium. Za to „kolędowanie na Maranę” jestem i będę zawsze wdzięczny. Takich przykładów hojności nie brakuje.

         Wiem, że nic nie rodzi się bez bólu. Że wielkie dzieła powstają w trudzie. A sanktuarium to wielkie i potrzebne dzieło, więc tego trudu i bólu na pewno będzie wiele. Jeśli jednak Pan Bóg zechce, żeby to sanktuarium powstało, to ono będzie. Wierzę w to mocno i wierzę w pomoc i opiekę Matki Najświętszej. Ona tu, w Maranie, jest naszą Królową i Matką. Dlatego w Jej dobre dłonie wszystko oddajemy i wierzymy, że może za rok, dwa, trzy będziemy mogli rozpocząć budowę tego sanktuarium.

          Marana jest miejscem wielu cudów. Tak było jeszcze za życia bł. Jana Beyzyma, tak jest teraz. I tak będzie zawsze, bo to sam Pan Bóg wybrał to miejsce, żeby właśnie tutaj okazywać ludziom swoją miłość i niezmierzone miłosierdzie.

          Dziękując wszystkim, którzy już złożyli przysłowiową cegiełkę na nasze sanktuarium, chcę zapewnić o naszej wdzięczności i codziennej modlitwie za wszystkich darczyńców. Każdego dnia o godz. 16.00 lokalnego czasu, w szpitalnej kaplicy odmawiamy różaniec w intencji tych, którzy wspierają nasz szpital oraz budowę sanktuarium. Natomiast w każdą pierwszą niedzielę miesiąca odprawiana jest za nich Msza św.

          Z całego serca raz jeszcze dziękuję za każdą, najdrobniejszą nawet ofiarę – „cegiełkę” na budowę, a także i za modlitewne wsparcie, które tak bardzo jest mi potrzebne w mojej misyjnej pracy na dalekim Madagaskarze. Bóg zapłać.

Józef Pawłowski SJ
kapelan szpitala w Maranie

Tak ma wyglądać sanktuarium pw. o. Jana Beyzyma w Maranie

 

(podkreślenia w tekście Elżbieta Jastrzębska)

W ślad z tym listem otrzymaliśmy wiadomość, że o. Józef przybędzie do Polski aby zbierać fundusze na budowę sanktuarium. TPT oczywiście skorzystało z okazji i zaprosiło o. kapelana na czerwcowe spotkanie. I w dniu 15 czerwca br. o. Pawłowski towarzyszył nam najpierw koncelebrując Mszę św., a następnie uczestnicząc w spotkaniu, w czasie którego przybliżył nam ideę budowy sanktuarium i wiążące się z tą budową problemy – zwłaszcza brak funduszy na jej realizację – a ponadto opowiedział o codzienności Marany. Przekazał także nr konta bankowego na Madagaskarze, specjalnie utworzonego dla sanktuarium; przekazał również zaproszenie na uroczystość  wmurowania kamienia węgielnego, która będzie miała miejsce 10 października br.

W uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa, 27 czerwca br. miałam okazję poznać o. Fulgence Ratsimbazafy SJ, z diecezji obejmującej także Maranę. Okazało się, że właśnie ten ojciec jest inicjatorem budowy sanktuarium w Maranie. Bardzo mu zależy na tym, by powstało miejsce kultu błogosławionego naszego rodaka tak bardzo zasłużonego dla Czerwonej Wyspy. Wyraziliśmy nadzieję, że być może spotkamy się w Maranie na uroczystości wmurowania kamienia węgielnego pod sanktuarium.

Z początkiem lipca o. Józef przysłał zaproszenie do swojej rodzinnej miejscowości, gdzie obecnie przebywa, na festyn zorganizowany przez społeczność Paszyna specjalnie w celu zbiórki na budowę sanktuarium. Poza tym było ustne zaproszenie –  więc nie miałam wyboru i pojechałam.

Parafia w Paszynie – Ogłoszenia parafialne, 6.07.2025 r. 
(…)
W sobotę 12 lipca o godz. 15:00 na parkingu przed kościołem rozpocznie się festyn charytatywny, którego celem jest wsparcie budowy sanktuarium bł. Ojca Jana Beyzyma w Maranie na Madagaskarze przez naszego misjonarza Ks. Józefa Pawłowskiego. Natomiast w niedzielę 13 lipca – oprócz miesięcznej składki zbieranej na tacę na cele remontowe naszego kościoła – pragniemy po zakończeniu każdej mszy świętej także zbierać ofiary do puszek dla ks. Józefa na ten sam cel.

Na miejscu miałam okazję przekonać się, jak bardzo profesjonalnie zorganizowany był festyn, jak wielu mieszkańców włączyło się charytatywnie w jego organizację oraz zaopatrzenie. Na placu przed kościołem parafialnym zarówno dorośli jak i dzieci mogli radośnie i z pożytkiem spędzić czas, w dodatku dokładając swoją dużą cegiełkę do budowy sanktuarium. Przy okazji mogłam zaobserwować jak wielkim poważaniem cieszy się o. Józef, jak bardzo mieszkańcy Paszyna są z niego dumni.

E. Jastrzębska

 

72. Światowy Dzień Chorych na Trąd

W ostatnią niedzielę stycznia – w tym roku było to 26 stycznia – obchodzony jest Światowy Dzień Trędowatych, dla przypomnienia światu o istniejącej wciąż tej strasznej, podstępnej chorobie. Towarzystwo Przyjaciół Trędowatych wzięło aktywny udział w obchodach, uczestnicząc w następujących wydarzeniach: 

1. W sobotni wieczór poprzedzający ŚDT przewodnicząca zarządu wzięła udział w audycji w Radiu Kraków, poświęconej chorym na trąd. Audycja miała tytuł „Wieczór galicjowy”, prowadziła go jak w każdą sobotę pani Lidia Jazgar. Audycja miała format rozmowy prowadzonej przez obie uczestniczki, ozdobionej muzyką – wszak pani Lidia jest piosenkarką. W czasie tej godziny udało się przekazać wiele wiadomości o chorobie, jej początkach, obszarach występowania, możliwości leczenia i wyleczenia, a przede wszystkim ukazać postać 'Apostoła trędowatych’, czyli błogosławionego ojca Jana Beyzyma oraz jego dzieło na Madagaskarze, w Maranie, istniejące i działające do dziś. Była to duża okazja, by problem trądu oraz postać o. Jana mogło poznać szersze grono słuchaczy.

                  

2. W niedzielę TPT wraz ze swym kapelanem, o. Zygfrydem Kotem SI, brało udział w Mszy św. w bazylice Najświętszego Serca Pana Jezusa modląc się w intencji chorych na trąd, a szczególnie podopiecznych z ośrodka w Maranie.

         

3. Również w niedzielę, 26 stycznia, TPT miało możliwość opowiedzenia o swoim zaangażowaniu w dzieło pomocy chorym na trąd w 'Audycji dla chorych’ w Radiu Maryja, prowadzonej przez panią Barbarę Momot, o godzinie 13. Przewodnicząca zarządu TPT opowiedziała o swoich wrażeniach i przeżyciach po odwiedzeniu Marany (w październiku ub.r.) i spotkaniu się tam z chorymi i ozdrowieńcami, którym TPT pomaga i nadal chce to czynić.

Ze strony www Radia Maryja:

Audycja dla chorych: Dzień osób chorych na trąd

ej

W sobotę, 21 grudnia 2024 r. zmarł ks. infułat Adam Kubiś, kanonik senior Krakowskiej Kapituły Katedralnej, były prefekt Wyższego Seminarium Duchownego w Krakowie, profesor i wykładowca akademicki, przez trzy kadencje prorektor, a w latach 1992 – 1998 rektor Papieskiej Akademii Teologicznej w Krakowie.

Prowadził proces beatyfikacyjny o. Jana Beyzyma.

Ks. infułat Adam Kubiś urodził się 15 listopada 1928 r. w Bukowie. Święcenia kapłańskie otrzymał w katedrze na Wawelu 28 czerwca 1958 r. z rąk bp. Franciszka Jopa.

Posługiwał jako wikariusz w parafiach w Trzemeśni, Wadowicach i Oświęcimiu. Pełnił również funkcję prefekta Wyższego Seminarium Duchownego Archidiecezji Krakowskiej.

W 1967 r. uzyskał stopień naukowy doktora na Uniwersytecie Gregoriańskim w Rzymie. W latach 1968 – 1999 pracował najpierw na Papieskim Wydziale Teologicznym, a następnie Papieskiej Akademii Teologicznej w Krakowie. Przez trzy kadencje pełnił funkcje prorektora tejże uczelni, a w latach 1992 – 1998 był jej rektorem.

Przez wiele lat był sekretarzem, a następnie redaktorem naczelnym czasopisma naukowego „Analecta Cracoviensia”.

W 1979 r. został kanonikiem gremialnym Kapituły Metropolitalnej w Krakowie.

Prowadził procesy beatyfikacyjne św. Urszuli Ledóchowskiej i bł. Jana Beyzyma.

Miał 96 lat.

R.I.P.

Marana

W dniach 2-16 października 2024 r. grupa pielgrzymów wyruszyła na Madagaskar  „Śladami Ojca Jana Beyzyma”. W dniu 5. 10 pielgrzymi między którymi były 2 członkinie Towarzystwa Przyjaciół Trędowatych im. ojca Jana Beyzyma, dotarli do Marany,  gdzie znajduje się szpital dla trędowatych, wybudowany przez o. Jana. Mieliśmy okazje uczestniczyć we Mszy św. w kaplicy, w której także modlą się chorzy oraz ozdrowieńcy – przed obrazem Matki Bożej Częstochowskiej przywiezionym z Polski, przez o. Beyzyma.   Kunszt rzeźbiarski można podziwiać oglądając ramy obrazu Matki Bożej oraz drewniane tabernakulum. W tylnej części kaplicy znajduje się sarkofag kryjący doczesne szczątki Apostoła Trędowatych.
Tam po Mszy św. przeszliśmy na prywatną modlitwę – byłyśmy wzruszone będąc tak blisko grobu Naszego Patrona, któremu polecałyśmy zarówno  Jego „Czarne pisklęta” jak i działalność TPT. 
W towarzystwie księdza kapelana Ośrodka, ojca Józefa  i siostry Sabiny odwiedziliśmy szpital, warsztat szewski, cmentarz z pierwszym grobem ojca Beyzyma, a przede wszystkim muzeum poświęcone Posługaczowi Trędowatych.

               

             

              

         

                             

                         

             

Na zdjęciach:

Kaplica
Wnętrze kaplicy
Obraz MB Częstochowskiej przywieziony z Polski przez o. Jana i w ramach przez niego wyrzeźbionych
Drewniane tabernakulum – dzieło o. Jana
Przed mszą św. – ministrantami są miejscowi chłopcy
Modlitwa pielgrzymów w czasie Mszy św.
Grobowiec ze szczątkami o. Jana Beyzyma, przeniesionymi do kaplicy z cmentarza

Szpital
Pawilon szpitalny dla chorych
Na dziedzińcu
Matka z uszkodzonymi przez trąd dłońmi
Sala szpitalna 
Zajęcia dla chorych kobiet i mężczyzn
Szewc wykonujący potrzebne i wygodne obuwie rękami dotkniętymi przez trąd

Muzeum ojca Jana Beyzyma
Tablice pamiątkowe na zewnętrznej ścianie i napis wewnątrz
Pamiątki po o. Janie – krzyż przez niego wykonany i odzyskany dzwon z kościoła, w którym bywał na początku swego pobytu na Madagaskarze
Pamiątkowe zdjęcie dwóch przedstawicielek TPT z siostrą Sabiną
Pamiątkowy wpis dokonany przez uczestników pielgrzymki i dodatkowo przez prezes TPT

Pożegnanie pielgrzymów z Maraną

Spotkanie dr Heleny Pyz z ambasadorami przy Stolicy Apostolskiej

Polska lekarka trędowatych Helena Pyz spotkała się z ambasadorami przy Stolicy Apostolskiej

Doktor Helena Pyz od 35 lat pracuje wśród trędowatych w Indiach. W Rzymie opowiedziała o swym doświadczeniu przedstawicielom korpusu dyplomatycznego akredytowanego przy Stolicy Apostolskiej. Spotkanie odbyło się z inicjatywy ambasadora Adama Kwiatkowskiego, który podkreślił,
że o tak pięknym świadectwie polskości trzeba głośno mówić na arenie międzynarodowej.

Polska lekarka przyjechała do Wiecznego Miasta wraz z członkiniami Instytutu Prymasa Wyszyńskiego, do którego należy, by modlić się o kanonizację Prymasa Tysiąclecia. Doktor Pyz jest ostatnią członkinią Instytutu, która na ręce bł. kard. Stefana Wyszyńskiego złożyła śluby wieczyste. W ambasadzie Polski przy Stolicy Apostolskiej spotkała się z dyplomatami akredytowanymi przy Watykanie i opowiedziała o swej służbie wśród trędowatych w Indiach.

– Ambasadorowie wychodzili poruszeni jej pracą wśród wykluczonych ze społeczeństwa. Mówili, że jest to piękne świadectwo nadziei w naszym naznaczonym wojnami i podziałami świecie – podkreślił ambasador Kwiatkowski, wyznając, że potrzeba więcej takich pięknych opowieści o Polsce.

– Doktor Helena z dumą mówiła o swojej polskości i o tym, czego nauczyła się w naszej ojczyźnie i co otrzymała od bł. kard. Wyszyńskiego – dodał ambasador.

Trąd nie jest historią

Na spotkaniu z polską lekarką trędowatych obecni byli m.in. przedstawiciele Izraela, Księstwa Monako, Rumunii, Macedonii Północnej i Słowenii. Ambasador Franc But z uwagą wsłuchał się nie tylko w historię ośrodka Jeevodaya, który 55 lat temu został założony przez polskiego pallotyna, ks. Adama Wiśniewskiego, ale dopytywał też o sytuację trędowatych dzisiaj.

– Okaleczone dłonie i inne widoczne rany po trądzie nadal pozostają stygmatem i wykluczają ze społeczeństwa – mówiła doktor Pyz.

 Lekarka wskazała na wyjątkowość kierowanego przez siebie ośrodka – nie tylko niesie on pomoc trędowatym i ich dzieciom, ale przede wszystkim jest domem,
w którym wszyscy wspólnie żyją i wspomagają się wzajemnie.

– W Indiach jest wiele centrów prowadzonych przez Kościół dla ludzi naznaczonych trądem, ale tylko nasz ośrodek jest prawdziwie ich domem – mówiła lekarka.

Z dumą podkreśliła, że Jeevodaya od samego początku funkcjonuje dzięki ogromnej hojności polskich serc. Pytana przez ambasadorów czy ośrodek otrzymuje wsparcie od indyjskiego rządu, wyznała, że nic takiego nie ma miejsca. Dodała, że po pandemii jej podopiecznym zostało odebrane nawet prawo otrzymywania przydziału ryżu dla ubogich, a ostatnio władze wprowadzają znaczące utrudnienia w otrzymywaniu pomocy finansowej z zagranicy.

– Bez środków z Polski nie przetrwamy – wyznała lekarka.

W rozmowie z Radiem Watykańskim doktor Pyz podkreśliła, że zależało jej na tym, by ambasadorzy zrozumieli, że trąd nie jest historią, ale wciąż istnieje. – Byłam niesamowicie wzruszona, że interesowało ich także to, jak dziś można realnie pomóc trędowatym – powiedziała lekarka. Dodała,
że już sam fakt tego, że przedstawiciele korpusu dyplomatycznego zechcieli przyjść na spotkanie z nią, jest wyrazem tak potrzebnego zainteresowania tą chorobą
i losem ludzi naznaczonych trądem.

– Same finanse nie wystarczą, potrzebna jest wrażliwość i zmiana mentalności, które prowadzą do integracji – powiedziała papieskiej rozgłośni. Podkreśliła też ogromną gościnność i serdeczność, z jaką została przyjęta w ambasadzie Polski przy Stolicy Apostolskiej razem z Marzeną Kozak, kierującą Sekretariatem Misyjnym Jeevodaya oraz swą wychowanką Savitri Sahu, którą nazywa córką.

Wsparcie papieskiego jałmużnika

Doktor Pyz złożyła także wizytę w Dykasterii Do Spraw Posługi Miłosierdzia, która w trudnym dla ośrodka czasie wsparła Jeevodaya finansowo, zapewniając środki na zakup podstawowej żywności i opłacenie pensji dla nauczycieli. Kard. Konrad Krajewski wyraził wdzięczność lekarce za jej trud i świadectwo życia na służbie Ewangelii. Dopytywał o największe wyzwania, a także o to, jak kolejne pokolenia młodych ludzi, którzy zdobywają wykształcenie w Jeevodaya, wspierają ośrodek.

– Odpowiadając na wyzwania, jakie Pan Bóg stawia przed nami, musimy być kreatywni i mieć dużo fantazji – podkreślił jałmużnik papieski, zachęcając do kontynuowania dzieła. Zauważył, że nie wszystkim da się pomóc, ale nie może to zniechęcać do podejmowania kolejnych działań i szukania nowych potrzeb, także wśród ludzi trędowatych i ich rodzin. Jako przykład podał zaangażowanie na rzecz bezdomnych i potrzebujących realizowane wokół placu św. Piotra.

– Kiedy zaczynaliśmy, mieliśmy jednego lekarza, a teraz mamy ponad 80. Wielu z nich to wybitni profesorowie różnych specjalizacji na co dzień pracujący w prywatnych klinikach. Nikogo nie zachęcaliśmy, sami się zgłosili, widząc dobro, które się dzieje – podkreślił kard. Krajewski, mówiąc, że teraz pomoc medyczną otrzymuje co miesiąc 1300 bezdomnych, którzy, w jakiejś mierze, są trędowatymi naszych czasów.

– Jak się żyje Ewangelią, to perspektywa pomocy wygląda zupełnie inaczej – podkreślił papieski jałmużnik. Doktor Pyz wyznała, że na początku swej pracy w Indiach przyjmowała rocznie ponad 13 tys. chorych i potrzebujących. Obecnie wyzwania są mniejsze, ale jej obecność wciąż jest potrzebna.

– Proszę nie myśleć o przyszłości, nie martwić się o to, czy starczy sił. My robimy to, co możemy zrobić dzisiaj, o resztę zatroszczy się Bóg, jeśli nadal będzie chciał tego dzieła. Charyzmat jest dany na konkretny czas. Wczoraj nie możemy zmienić, jutro jest niepewne, ale dziś jest w naszych rękach – powiedział papieski jałmużnik.

Doktor Helena wyznała, że dane jej jest cieszyć się owocami, których nie mogli zobaczyć założyciele Jeevodaya. Wymieniła postępującą integrację społeczną, coraz lepszą edukację dzieci z rodzin trędowatych, która realnie zmienia ich życie na lepsze i troskę kolejnych pokoleń wychowanków o tych, którzy przyszli do ośrodka już po nich.

Lekarka uczestniczyła też w audiencji środowej, po której miała możliwość rozmowy z papieżem Franciszkiem.

– Powiedziałam mu, że od 35 lat pracuję wśród trędowatych w Indiach i proszę o błogosławieństwo. Uśmiechnął się, zrobił mi mały krzyżyk ba czole i pojechał na wózku do kolejnej osoby – powiedziała doktor Helena, która sama też od lat porusza się na wózku inwalidzkim.

Jest to wynik przebytego w dzieciństwie polio. Jej przybrana córka wyznała, że spotkanie z papieżem za szybko się skończyło, jednak na zawsze zostanie w jej sercu. Savitri Sahu jest hinduistką, ale ma świadomość tego, kim jest Następca św. Piotra i jak ważne było to spotkanie dla jej „Mami”. O byciu matką tysięcy dzieci doktor Pyz mówiła też ambasadorom akredytowanym przy Stolicy Apostolskiej. Wskazała, że jest to dowód na to, że obietnice Boże przekraczają nasze wyobrażenia, wystarczy tylko zaufać. Przyszłość Jeevodaya doktor Pyz zawierzyła św. Janowi Pawłowi II, prosząc, by troszczył się o trędowatych i ich rodziny.

Beata Zajączkowska/vaticannews.va/pl/dm

11.07.2024